Azja dla początkujących, czyli pierwszy dzień w Bangkoku

sky2

Tajlandia, szczególnie ostatnio, bywa postrzegana jako kierunek dość oklepany. Wydaje się, że jadą tam wszyscy, jest więc zadeptana i pozbawiona autentyczności. Pewnie w każdym z tych stwierdzeń jest trochę prawdy, ale warto odwiedzić ten piękny kraj nie zrażając się obiegowymi opiniami. Szczególnie jeśli planujecie pierwszą samodzielną podróż w tamte rejony i szukacie w miarę przyjaznej i bezpiecznej opcji, to Tajlandia jest świetnym kierunkiem na początek. Dodatkowym argumentem jest też doskonała, jak na te tereny, infrastruktura i wciąż bardzo przystępne ceny. „Kraj wolnych ludzi”  ma mnóstwo do zaoferowania i każdy znajdzie coś dla siebie – wspaniałą kuchnię, ciekawe zabytki, piękną przyrodę i rajskie plaże, przyjaznych ludzi i dobrą zabawę.

 

Początki Tajlandii sięgają XIII wieku, kiedy to Tajowie z południowo-zachodniej części Chin opanowali dorzecze Menamu, do tej pory znajdujące się pod władzą Khmerów. W 1350 roku stolicą nowego królestwa,  które obejmowało niemal cały Półwysep Indochiński, została Ayutthaya. Późniejsze wojny, szczególnie długa wojna z Birmą, doprowadziły do jego znacznego osłabienia. W 1767 roku stolica została zdobyta i zniszczona, a w 1782 roku przeniesiono centrum królestwa do Bang Makoku (dzisiejszego Bangkoku). Formalnie Tajlandia, a właściwie Królestwo Syjamu, bo tak się wówczas nazywała, nie była nigdy skolonizowana, ale wpływy europejskie się nasilały od XVI wieku i właściwie monarchia była uzależniona od państw kolonialnych. W 1974 roku Tajlandia została ogłoszona demokracją konstytucyjną, ale postać króla jednak wciąż jest kluczowa.

Tajlandia leży w strefie gorącego, wilgotnego klimatu monsunowego. Ze względu na pory deszczowe, warto sprawdzić wcześniej prognozy w danym rejonie, szczególnie, gdy planujemy plażowanie, bo często różnią się nawet pomiędzy poszczególnymi wyspami.

Pierwsze oznaki egzotyki pojawiają się podczas międzylądowania w Kuala Lumpur. Z góry obserwujemy dżunglę, bananowce i pola ryżowe, między którymi ciśnie się brunatna rzeka. Jednak dopiero po wyjściu z lotniska w Bangkoku ten egzotyczny obraz zostaje właściwie dopełniony. Po długiej podróży i klimatyzowanych lotniskach trafiamy wprost do sauny. Mimo że jest wieczór, oblepia nas wilgoć i duchota. Ruszamy taksówką przez zakorkowane miasto (lepiej ustalić od razu cenę), mijamy drapacze chmur, które stopniowo przechodzą w  niską, skromną, tradycyjną zabudowę.

Miasto aniołów, wielkie miasto, rezydencja świętego klejnotu Indry, niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga; miasto, podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana –  oficjalna nazwa Bangkoku jest najdłuższą nazwą geograficzną, a samo miasto, nawet jeśli nie wszędzie dorównuje wspaniałością nazwie, na pewno jest jak ona zdumiewające.

Z pełną świadomością wybieramy na bazę wypadową, dawny raj backpacersów, a teraz samo epicentrum turystycznego ruchu, czyli Khao San Road. I chociaż pozornie wiemy, czego się po tym wyborze spodziewać, to rzeczywistość przerasta te wyobrażenia. Chaos, hałas, mieszanina kolorów i duszących zapachów. Khao San i tylko nieco mniej zatłoczona, ale bardziej klimatyczna Rambuttri to nieustanny atak na wszystkie zmysły. Uczucie zdumienia, a nawet lekkiego zażenowania wkrótce ustępuje fascynacji tym sztucznym, pełnym kiczu, paciorków, warkoczyków, jadalnych owadów i głośnej muzyki, światem. Wtedy też można zacząć korzystać ze wszystkich atrakcji, które to miejsce oferuje wręcz w nadmiarze. Przede wszystkim to wspaniały streetfood – przechodząc od straganu do straganu można skosztować pad thaia, curry, sałatki z papai, szaszłyków i niezliczonych owoców. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na średnio higieniczne warunki, ale przy zachowaniu podstawowych zasad nic nam nie grozi i nas przynajmniej żadne nieprzyjemności nie spotkały. Fakt, czasem trzeba się przełamać, bo jest brudno, może się zdarzyć jakiś przemykający szczur, bądź inne nieprzyjemności, ale to też jest ta autentyczność, której mieliśmy szukać. Dla szczególnie wrażliwych pozostają restauracje, choć oczywiście i ceny i klimat są tam zupełnie inne. A i walory smakowe wydają się mniej ciekawe.  Szukając chwili wytchnienia, korzystamy z masażu stóp w jednym z licznych punktów znajdujących się przy ulicy. Siedząc na leżaku przy deptaku obserwujemy niekończący się tłum. Przez te kilka dni staje się to codziennym rytuałem.

Oczywiście w tym wszystkim nie da się nie zauważyć też ciemnego oblicza turystyki w Tajlandii. Wyziera ono co jakiś czas zza kolorowych dekoracji. Niektórzy turyści w okropny sposób wykorzystują biedę, ale też wrodzoną uprzejmość Tajów. Nie można na to przymknąć oka, ale też należy pamiętać, że widzimy tylko jakiś wycinek rzeczywistości.

Kiedy my zaczynamy nowy, skrupulatnie zaplanowany dzień, wiele osób jeszcze powoli kończy zabawę z dnia poprzedniego. Podczas gdy w nocy ulicę wypełniał hałas i tłumy, rano nie ma już po nim śladu. Krzyki sprzedawców, muzyka, umilkły. Zmęczeni turyści czekają na busy które zawiozą ich w kolejne miejsce, ostatnie jednostki wracają do hoteli, a my ruszamy zobaczyć wspaniałości, o których mówi nazwa miasta.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s